niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 3



Rozdział 3 – Życie obozowicza
   Nie wiedziałem ile tak spałem. Może dwie godziny, trochę dłużej?
  Po tym czasie niechętnie podniosłem się do pozycji siedzącej. Wszyscy wychodzili z domku przepychając się w drzwiach. Moje niezrozumiałe spojrzenie przechwyciła jedna z obozowiczek.
Podeszła do mnie wysoka brunetka o karmelowych oczach i z uśmiechem. Zakładała pośpiesznie kurtkę i pomogła wygramolić mi się spod kołdry.
 - Wszyscy się tak pchają na ognisko, też idziesz? – Spytała
 - Pewnie, czemu nie. – Przeciągnąłem się a moim ciałem wstrząsnął dreszcz. – Jak ja nie lubię zimy.
 - Ja też nie. – Przyznała – Ale co poradzisz, chodź. Umiem się przez nich przecisnąć!
Nim wbiegliśmy w tłum nagle pociągnęła mnie na klęczki i wyszliśmy pomiędzy nogami obozowiczów. Muszę zapamiętać tę sztuczkę.
 - Tak w ogóle jestem Annie, a ty? – Spytała w pawilonie
 - Ame, miło mi. – Nałożyłem jedzenia na talerz i spojrzałem na nią. – Czemu nie jesz?
 - Najpierw składamy ofiary bogom. Kiedyś, jak pewnie wiesz, składano je dość krwawo, teraz zadowolą się schabowym. – Zaśmiała się i znów pociągnęła mnie za rękę
Chyba zacznę się do tego przyzwyczajać, co chwila ktoś mnie ciągnie. Jakbym był nieporadnym dzieckiem, a przecież potrafię o siebie zadbać. Coraz częściej myślę by się ściąć i wyglądać bardziej męsko. To by było coś…
 - Wrzucasz? – Usłyszałem pytanie
 - Co?
 - Słuchasz mnie czy nie!? Wrzuć kawałek jedzenia i pomyśl jakiemu bogu chcesz złożyć ofiarę. Ja lecę! Trzymaj się! – Pomachała szybko i odbiegła do koleżanek.
To komu by tu…? Niech się Hermes naje spalenizny. W końcu jak na razie to mieszkam w jego domku.
Po złożeniu ofiary usiadłem przy stole, chyba Hermesa, i zacząłem jeść. Nie miałem do kogo gęby otworzyć, a Jacka nigdzie nie widziałem. Dlatego rozglądałem się po innych stołach. Nic ciekawego się przy żadnym z nich nie działo, przynajmniej by na dłużej popatrzeć. A może…?
W kącie opierając się o kolumnę stał chłopak, z którym zapoznał mnie Jack. Jak on się nazywał…Johny. Ja to jednak mam łeb do imion! Przed nim stał trochę niższy chłopak o czarnych jak noc włosach i brązowych oczach. Krzyczał na niego, ale ja byłem za daleko y ich dosłyszeć.  John wydawał się nim znudzony, za co dostał w twarz. Nie mogłem nie parsknąć śmiechem i jakby mnie usłyszeli spojrzeli w moją stronę. Odwróciłem się speszony i wbiłem wzrok w kolana, nagle wydały mi się taki ciekawe…
 - No wreszcie cię znalazłem. – Usłyszałem głos obok siebie. Obróciłem głowę i zobaczyłem tego nieudolnego podrywacza – Nadal nie dowiedziałem się jak masz śliczna na imię.
Zaraz…on myśli, że ja jestem dziewczyną? Wszystko jasne.
Parsknąłem śmiechem na co on spojrzał na mnie niezrozumiale.
 - Zaszło drobne nieporozumienie. – Uspokoiłem się i spojrzałem w jego szare oczy. – Ty myślisz, że jestem dziewczyną. Jestem chłopakiem.
Jego mina była warta miliona dolców. Biedny, nie tylko on się nabrał. Niespodziewanie położył mi rękę tam, gdzie nie powinien a z moich ust wydobył się szybko przerwany krzyk.
 - Myślisz, że mnie to będzie obchodzić? Najpierw imię, a potem cię pocałuje. Czy na odwrót?
 - Po…
Nie dokończyłem. Ten zboczeniec szybko się do mnie przysunął i wdarł się nieproszony do moich ust. Mogę się założyć, że stanowiliśmy niemałą atrakcję, ale mi się to nie podobało. Nie mogłem go odepchnąć więc ugryzłem, w ustach poczułem metaliczny posmak krwi a on się odsunął. Spojrzał na mnie jakby chciał mnie zabić.
 - Obiło ci!? Kurwa to bolało! – Krzyknął
 - T-trzeba było mnie…- Słowa stanęły mi w gardle kiedy znów zobaczyłem jego mordercze spojrzenie.
Chciałem odejść, od tak. Było by po problemie, ale on jeszcze nie skończył. Wstał za mną a gdy mnie obrócił zakryłem twarz dłońmi czekając na cios, który o dziwo nie nadszedł. Otworzyłem najpierw jedno oko, potem drugie…i nadal nie wierzyłem. Rękę ciemnowłosego trzymał John kilka centymetrów przed moją twarzą. Zerknąłem na jego, znowu, znudzone spojrzenie. Najpierw  wkręcił mu rękę, sprowadzając na kolana a potem spojrzał na mnie kpiąco.
 - No czekam. – Odezwał się
 - D-dzięki. – Mruknąłem w rękaw. Jakoś go nie lubię
 - Achh…nawet nie wiesz jak bym chętnie popatrzył jak ci rozwala twarz. Zack mi kazał. – Machnął głową w bok.
Spojrzałem w prawo i obok mnie stał ten sam chłopak, co zdzielił Johna w twarz. Spojrzałem na jego rozbawione, brązowe oczy a on schylił głowę by spojrzeć w moje. Kpi se ze mnie? Czemu każdy ma więcej niż metr siedemdziesiąt a ja nawet nie 170 centymetrów!?
  - Nic ci nie jest mały? – Spytał i spojrzał na Johna. – Mógłbyś być trochę milszy.
 - Mógłbym…ale nie jestem. Chodźcie, bo wszyscy się gapią. – Złapał czarnowłosego za rękę a ja poszedłem za nimi.
Jakaś taka dziwna parka. Są jak…ogień i woda. A które z nich to które? Nie wiem i nie chcę.
 - Jestem Zack, syn Hekate. – Przedstawił się
 - Ame, i jeszcze nie wiem. I…Johny? Dzięki. – Powiedziałem już przytulniej, nich ma swoje 5 minut.
 - Wisi mi to. Nie chciałem ci pomagać. – Oparł się o ścianę domku Apollina – Dziękuj temu narwanemu obrońcy praw ludzi.
 - Ej! Dla mnie nie musisz być oschły! – Uskarżył się
A dla mnie to może…
 - Widziałeś gdzieś Jacka? – Spytałem?
 - Chyba biegał gdzieś przy Dużym Domu. Idź se już.
 - Jakiś ty miły. – Wycedziłem nim odbiegłem ( czytaj: Przekopywałem się przez śnieg )
Kiedy już dotarłem do wielkiego białego budynku poczułem się jakbym wygrał w totka. Wszedłem do środka otrzepując się wcześniej ze śniegu. Chciałem jakoś zakomunikować, że wszedłem, ale moje uszy dosłuchały pewnej rozmowy.
 -…Ostatnio tylko on przybył do obozu. Trzeba by to sprawdzić. – Usłyszałem Cheirona
 - Kolejny pewnie od Apollina, albo Aresa. Nie ma się co przejmować. – Usłyszałem głos boga wina, słychać było znudzenie w jego głosie. – Zrobił sobie dzieciaka, to powinien się liczy z konsekwencjami! Nigdy go nie lubiłem!
 - Nikogo nie lubisz, Dionizosie…
 - Przepraszam…- Wszedłem do pokoju nie chcąc dalej być wścibski. Spojrzałem na Cheirona by nie patrzeć na przeszywający wzrok Dionizosa. – Czy wie pan gdzie jest Jack? Podobno tu był i…przeszkadzam?
 - Tak. – Burknął pan D.
 - Nie przeszkadzasz, właśnie wyszedł. – Zakomunikował a ja wyszedłem dziękując
Nie minąłem się z nim to niby jak wyszedł!? Nim zdążyłem porządnie pokrzyczeć w głowie ktoś objął mnie od tyłu i wylądowałem twarzą w śniegu. Obróciłem się na plecy i zobaczyłem mojego przyjaciela. Siedział na mnie w rozkroku zginając się w pół ze śmiechu.
 - Musisz popracować nad równowagą. I fryzurą. – dodał
Pomógł mi wstać i otrzepać się ze śniegu. Chwilę rozmawialiśmy, nakrzyczałem, że mnie zostawił i nie było go w pawilonie na ognisku, po czym poszliśmy się przejść. Starałem się udawać obrażonego, ale nie wychodziło przy jego ciętych ripostach.
 - Dobra, już nie ważne. – Uśmiechnąłem się i spojrzałem w jego głębokie oczy. – Co takiego ważnego robiłeś cały dzień?
 - Yyy…nic takiego, tylko tam…takie sprawy. – Wykręcił się z odpowiedzi
 - Aha, dużo mi to  mówi. Posłuchaj, ile będę musiał być na tym obozie? – Spytałem i stanął – Czemu stoisz?
 - Puki jakiś bóg cię nie uzna, i może trochę potrenujesz by cię nie zabito tak łatwo. – Powiedział bez uczuć w głosie. – Czemu nie chcesz tu być? Co ci się tu nie podoba?
 - Nie o to chodzi! Tylko…wolałbym wrócić do szkoły i...Wolałbym być przeciętny, nie potrzebuję jeszcze upośledzenia przez ten obóz.
 - Upośledzenia? Ame, wszyscy tutaj jesteśmy normalni. – Aha…mówi satyr – Nikt tu nie jest upośledzony, tylko potrzebujesz trochę czasu żeby się przyzwyczaić. Wiem! Jeżeli pod koniec ferii twoje zdanie się nie zmieni, to wtedy odwiozę cię do matki.
 - Zgoda. A teraz wybacz, ale chcę spać. – Nie czekając na odpowiedź odszedłem
Nikt nie jest tu upośledzony? Jeszcze mu to wypomnę…A tak poza tym, chcę wrócić teraz! Po co mi znać ojca, skoro i tak nic mi z tej wiedzy. Nawet jeżeli będzie to nawet jakiś Zeus, to i tak go nie poznam ani nigdy nie zobaczę, czy nawet nie porozmawiam. Zamiast czekać na uznanie mogli by machnąć jeden wielki domek dla obozowiczy i wszyscy by w nim mieszkali. Nikt by ci nie wytykał rodzica. Byli by tacy sami…i było by dobrze!
Z takimi myślami odpłynąłem do krainy snów nie chcąc z niej wychodzić.

Wybaczcie krótki rozdział, i że wstawiam w niedzielę. Mam nadzieję, że się podobał i czekam na komentarze.

sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 2



Życzę miłego czytania i mam nadzieję, że zostawicie komentarze :)

Rozdział 2 – Cień wychodzi spod maski

Tydzień minął bez większych problemów, pomijając geografię. Baba się mnie uczepiła.
W weekend nawet nie myślałem by wstawać z łóżka. Leżałem zwinięty w kłębek słuchając muzyki, nawet się nie zorientowałem, kiedy mama weszła do pokoju. Podeszła i usiadła obok mnie na łóżku ze zmartwioną miną.
 - Słońce ty moje, powiedz mamie, co się dzieje? – Poprosiła zmartwiona.
 - Ale co się ma dziać? – Zdziwiłem się
 - Twoja nauczycielka geografii chce jutro przyjść i porozmawiać o tobie. Podobno jej przeszkadzasz i już załapałeś kilka jedynek. To prawda? – Uniosła jedną brew
 - Ale mamo…ona się na mnie uwzięła! Przecież z geografii nigdy nie miałem problemów…
 - Dobrze, wierzę ci. Przecież nigdy mnie nie okłamałeś! – Zaśmiała się lekko. – Chciałam tylko sprawdzić twoją reakcję.
 - Podła jesteś. – Burknąłem
Nie odpowiedziała, tylko wyszła. Pierwszy tydzień i już nauczyciel odwiedził mój dom, fajnie! Wyżaliłem się przyjacielowi na co ten wydawał się bardziej martwiony niż ja. Po zakończonej rozmowie usiadłem przed oknem rozciągniętym na całą ścianę i odsłoniłem zasłonę. Była mocna śnieżyca owiewająca wszystko co spotkała na drodze. Włącznie z Empire State Building, który był naprzeciw mnie. Może dzieliły nas 50metrów, trochę więcej, ale widok dalej był wspaniały. Budynek był tak ustawiony, że wszystko widziałem mimo innych drapaczy chmur. Usiadłem na podłodze i zacząłem szkicować, takiej okazji nie można było przegapić. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem.
Miałem dziwny sen, pamiętam. Widziałem w nim miejski park. Wszystko było zaśnieżone, była śnieżyca. Zobaczyłem pomiędzy białym krajobrazem dwie postacie. Jedna z nich miała na sobie długi czarny płaszcz, oraz czarne spodnie. Czarne włosy do ramion opadały na porcelanową twarz zakrywając oczy. Mogłem stwierdzić po budowie, że to mężczyzna. Obok niego również stał osobnik płci męskiej. Miał na sobie szary płaszcz a biało-szare włosy, które zakrywały burzowe oczy. Obydwoje stali wpatrując się w siebie gromiącymi spojrzeniami.
 - Wiesz…miałem cię za znacznie bardziej ostrożnego w tych sprawach. – Odezwał się białowłosy
 - Przyganiał kocioł garnkowi, to nie ja mam zakaz, lecz ty. – Odezwał się niskim głosem czarnowłosy i lekko uśmiechnął – Jeżeli to wszystko to pójdę, mam mnóstwo spraw.
 - Nie będę owijał w bawełnę, nie lubię cię, i go również nie polubię. Będę uprzykrzał życie gdy tylko nadarzy się okazja. A kto wie co z nią? Nawet ładna…
 - Nie waż się o niej mówić! – Krzyknął i obrócił się plecami. – Tylko straciłem tu czas, żegnaj…
Sen się rozmazał a ja obudziłem wpatrując w sufit. Kiedyś miałem sen, że jestem astronautą, rycerzem, prezydentem…ale to!? Zerwałem się z ziemi czując okropny ból w krzyżu, mimo wszystko wziąłem prysznic i ogarnąłem się. Właśnie wtedy rozniosło się po domu dźwięk dzwonka.
Mama poszła otworzyć a ja dopiąłem koszulę. Jak myślicie, kto to był? Moja ukochana pani geograf…
Weszła nie kłopocząc się z uprzejmością, zdjęła buty i usiadła na kanapie mówiąc bym dał jej coś do picia. Kiedy ja nalewałem jaj soku ( Nie sprecyzowała się przecież ) ona rozmawiała z mamą przyciszonymi głosami, mama nie wyglądała na szczęśliwą. Dosiadłem się obok mamy, zamilkły.
 - Więc…co się dzieje? – przerwałem ciszę
 - Nic, pani właśnie skończyła i wychodzi. – Powiedziała stanowczo mama
 - Nie śpieszy mi w taką śnieżycę. – Oparła się o kanapę i patrząc na mnie z błyskiem w oku. – Powiedz, jak dużo wiesz o swoim tacie?
 - Ja…no cóż…nie za wiele…
 - I więcej nie dowiesz! – Wrzasnęła
Niespodziewanie zerwała się z kanapy rzucając w naszą stronę a mama w ostatniej chwili odepchnęła nas na bok. Mój mózg za wolno pracował, by wszystko ogarnąć. W pierwszej chwili widziałem nauczycielkę, ale później jakieś skórzaste…coś. Inaczej tego nie nazwę. Znów rzuciła się w naszą stronę, tylko matka była na tyle trzeźwa by mnie za sobą ciągnąć. Usłyszałem jeszcze dwa znajome mi głosy, ale nikogo nie widziałem, już nic nie widziałem.
Ocknąłem się po nieokreślonym mi czasie. Zobaczyłem nad sobą pochylającego się Jack’a, ale co on tam robił? Oparłem się na łokciach i przetarłem mocno oczy. Cały salon i kuchnia wyglądały jak pobojowisko. Spojrzałem w bok. Na resztkach foteli siedziała wychowawczyni klasy i moja mama. Jednak dalej było coś nie tak. Obok blond włosej kobiety oparta była pochwa, a z niej wystawała rękojeść miecza. Zerknąłem pytająco na przyjaciela i wrzasnąłem zrywając się na drugi koniec kanapy. Mój przyjaciel od pasa w górę wyglądał jak zawsze, ale nie miał nóg, miał coś na kształt koźlich nóg.
 - Dzięki – Prychnął – Tak się dziękuje?
 - Co…jak…czemu wszystko…- Serce waliło mi jak młotem, nie potrafiłem logicznie myśleć.
 - Wiem jak to wygląda, ale to w gruncie rzeczy normalne. – Powiedziała znudzonym tonem blondynka. – Jack, wytłumaczysz?
 - Tak, ale może najpierw dam mu coś na uspokojenie…?
 - Nie, chcę wiedzieć teraz. – Uparłem się a on tylko westchnął – Może zacznij od swojej…dolnej części?
 - Ostrzegałem cię przed belfrem od geografii, ponieważ pachniała mi potworem, a kiedy powiedziałeś, że was odwiedzi już było jasne. Ame, to była harpia, taka z mitologii a dlatego, że…bogowie olimpijscy i rzeczy z nimi związane również. Przylecieliśmy z Emili najszybciej jak się dało, ale ta śnieżyca wszystko utrudnia…
Nie dokończył ponieważ wybuchłem śmiechem. To wszystko co mi opowiadał wydawało się takie absurdalne, a ja nie chciałem tego do siebie dopuścić. Tworzyłem powoli ceglany mur, lecz z każdą cegiełką wypadały trzy kolejne. Ochłonąłem na tyle by spojrzeć na mamę, która cały czas unikała mojego spojrzenia. Coś kręciła, a jeszcze nauczycielka pytała, ile wiem o ojcu. Po co o to pytać? Opowiedzieli mi jeszcze o jakimś obozie, o sobie, i o tym co zrobimy. Mam z nimi się udać do wcześniej wspomnianego miejsca. Protestowałem tyle ile się dało, aż matka nie włączyła się do moich krzyków.
 - Nie chcę, że by coś ci się stało, dlatego pojedziesz! – Krzyknęła na całe gardło a ja opadłem na kanapę.
Musiała wiedzieć o tym wcześniej, przynajmniej o części. I mi nie powiedziała? Jestem…czymś dziwny, i nawet o tym nie wspomniała!
Milcząc spakowałem ubrań tyle ile się dało do torby i potrzebnych mi przedmiotów. Nie miałem ochoty już nic mówić. Ubraliśmy się i bez słowa wyszedłem z domu. Podążałem cały czas za nauczycielką angielskiego i kląłem w duszy wszystko co się wydarzyło.
Doszliśmy do przystanku, skąd autobus zabrał nas w stronę Long Island. W autobusie skorzystałem z okazji i usnąłem opierając się o przyjaciela. Obudzili mnie dopiero kiedy trzeba było wysiąść.
Na zewnątrz było cholernie zimno. Naciągnąłem przed usta więcej kurtki i wcisnąłem ręce w kieszenie. Nie za wiele mi to dało, ale zawsze coś. Pominę naszą wędrówkę na jedno wzgórze gdzie z trzy razy ugrzęzłem w zaspie i co najmniej pięć wywaliłem na twarz. Im łatwo było mówić, byli wysocy a ja jak skrzat musiałem się przebijać przez ten cholerny śnieg. A gdzie to globalne ocieplenie!?
Gdy już się wspięliśmy zobaczyłem drewnianą bramę zakrytą śniegiem i zarys sporego obozu.  Teraz tylko się tam dostać…
***
Oprowadził mnie wstępnie po obozie. Byłem niezmiernie wdzięczny, że w obozie tak nie wiało a śniegu nie było aż tyle.
Poznałem również…specyficzne zwyczaje. Polegały na tym, że domek dzieci Hermesa dokuczał domkowi Aresa, apotem wiali do dyrektora obozu. Poznałem również Cheirona, co centaur. Po głębszych przemyśleniach…odbiło mi, a to jest psychiatryk.
W drodze do cieplutkiego domku wpadliśmy na wysokiego blondyna z włosami trochę za uszy oraz błękitnymi oczami. Ubrany był w skurzoną kurtkę oraz czarne dżinsy.
 - John, a tobie nie zimno? – Spytał z uśmiechem Jack.
 - Mi nigdy nie jest zimno…- Spojrzał na-ł na mnie. – Ale on wygląda jak po spotkaniu z pługiem.
Wybuchli śmiechem, ta…bardzo zabawne. Phi!
 - Nowy? – Satyr pokiwał głową – To niezły będzie mieć ubaw jak go zobaczą. Będzie zabawa, powodzenia. – Poklepał mnie po ramieniu i odszedł
 - O co…
 - O nic. – Przerwał mi – Chodź, bo zamarzniesz.
Zbawieniem okazało się ciepło domku. Jak na mój gust to było w nim za dużo ludzi, ale łóżko się dla mnie znalazło. Owinąłem się w kołdrę i ignorując spojrzenia starałem się wszystko poukładać w głowie.
To za dużo jak na mnie. Jeden dzień wywrócił całe moje życie do góry nogami, nie…to nie jeden dzień. Ona wiedziała od początku, że jestem jakiś inny i całe życie to ukrywała. Ani razu nie wspomniała o tacie, a gdy tylko chciałem się coś dowiedzieć wydawała się smutna, dlatego nie dopytywałem. Takich spraw nie powinno się ukrywać! Ale…jak to powiedzieć? Wychodzi na to, że mój ojciec jest jednym z Olimpijczyków...
Z zamyślenia wyrwała mnie osoba dosiadająca się do mnie. Obróciłem głowę w bok. Obok mnie siedział pewnie wysoki chłopak o kruczoczarnych włosach i metaliczno-szarych oczach. Uśmiechał się do mnie w sposób, którego nie potrafiłem zrozumieć.
 - Hej mały, odpowiesz mi na pytanie? Bolało? – Odezwał się
 - A-ale co bolało? – Spytałem
 - Kiedy spadałeś dla mnie z nieba. – Przysunął się bliżej i objął ramieniem. – Może aniele zdradzisz mi imię?
 - Kiepski żart. – Zaciągnąłem z siebie jego rękę. – Nie śmieszny.
 - A kto powiedział, że to żart? – Szepnął mi na ucho
Postąpiłem instynktownie. Zrzuciłem z siebie kołdrę, poderwałem czym prędzej na nogi i uderzyłem go w twarz. Już za dużo miałem problemów, a ten dokładał mi jeszcze więcej.
Siedział tak przez chwilę w szoku a kilka osób pozostałych w domku patrzyło w naszą stronę. Otrząsnąwszy się z szoku wstał i spojrzał na mnie z góry. Ja by patrzeć nie na jego klatę, a w jego oczy, podniosłem głowę.
 - Mi jeszcze nikt się nie oparł, aniołku. I ty na pewno nie będziesz pierwszy. – szepnął lodowato i wyszedł.
Nikt jeszcze się nie oparł? Takie teksty słyszał już nie raz, ale może kolejny go pomylił z dziewczyną? Nie miał zamiaru się zastanawiać, oddał się w ręce Morfeusza na łóżku otulając szczelnie kołdrą.

piątek, 6 listopada 2015

Rozdział 1



Chciałabym podziękować za komentarze. Mam nadzieję, że ten rozdział was nie zanudzi, jednak postaram się wstawić jeszcze jeden, choć nie obiecuję . Miłego czytania.

Rozdział 1 – Złe dobrego początki


   Pierwszy dzień w kolejnej nowej szkole. Powinienem się już przyzwyczaić do tego uczucia, jednak czuje się jak za pierwszym razem.
   Jak to zawsze miałem w zwyczaju rankami pospać ,,jeszcze 5 minut’’ zaspałem. Biegłem przestronnymi korytarzami patrząc na każde drzwi z kolei szukając mojej, na marne. Stanąłem opierając się o ścianę i łapiąc głęboko oddech. Bieg po całej szkole nie ułatwiała mi wtedy torba. Może kiedyś mi przejdzie to ,,jeszcze mam czas’’…
 - Czemu nie jesteś na lekcjach? – Spytał mnie nieznajomy głos, jednak przyjemny dla ucha.
Obróciłem się w stronę głosu i uniosłem głowę. Stał przede mną wysoki i dobrze zbudowany czarnoskóry nastolatek. Miał krótkie, czarne, kręcone włosy a na nich, jak na mój gust, za wysoką czapkę. Ubrany był w taki sam czarny mundurek jak ja. Stał i patrzał na mnie zmieszany, też bym tak robił widząc podobną do mnie osobę.
 - J-ja…szukam klasy. – Powiedziałem prostując się starając się udawać wyższego. Nie jest łatwo kiedy dosięga się rozmówcy zaledwie do połowy żeber.
 - Do jakiej klasy?
 - 1B liceum. – Powiedziałem by nie było wątpliwości
 - Zbieg okoliczności, też w niej jestem. – Uśmiechnął się pokrzepiająco i ruszyliśmy do klasy. – Jestem Jack, a ty?
 - Ame. – Odpowiedziałem krótko patrząc w podłogę. – Moje imię pewnie też ci nie mówi jakiej płci jestem, co?
 - No…nie chciałem cię urazić, dlatego…
 - Nie szkodzi. – Przerwałem z uśmiechem. – Wiele osób się nie orientuje.
Dalszą drogę przebyliśmy w milczeniu. Po może minucie stanęliśmy przed drzwiami a on mi je otworzył wpuszczając przodem. Znowu czułem na sobie wiele par oczu i znów ogarnęła mnie chęć schowania się pod ziemią. Może i by udało mi się zwiać, ale Jack zablokował sobą drogę. Starałem się skupić uwagę na mojej nowej wychowawczyni.
Spojrzałem na wysoką blondynkę z długimi do pasa włosami, jej kaszmirowe oczy również na mnie spojrzały. Jak na nauczycielkę ubierała się dość…dziwnie. Miała na sobie krótką spódniczkę do połowy uda ukazując ładne nogi oraz opinający golf jej…kobiece atuty? Uśmiechnęła się i zachęciła ruchem ręki bym do niej podszedł.
Starając się nie rozglądać podszedłem a ona obróciła mnie lekko w stronę klasy, wtedy już nie miałem jak ukryć speszenia. Wszyscy patrzeli na mnie, niektórzy szeptali, a jeszcze inny wysyłali pomiędzy sobą karteczki.
 - Mówiłam już tydzień temu, że niedługo do naszej klasy dołączy nowy uczeń. – Wskazała na mnie. – To Ame Sena, i mam nadzieję, że mimo już drugiego semestru zaprzyjaźnicie się. Pierwsza ławka jest wola, usiądź.
Usiadłem w pierwszej ławce przy ścianie i starałem się nie patrzeć za siebie gdzie słyszałem rozmowy na swój temat. Tą lekcję jakoś przeżyłem, ponieważ była to godzina wychowawcza. Po dzwonku wyszedłem za klasą z sali i usiadłem na parapecie starając się nie myśleć.
,,O co im do cholery chodzi? Przecież nowy w klasie może się zdarzyć. Zawsze musi się tak zaczynać? A pewnie i tak…
 - AME! – Usłyszałem krzyk nad swoim uchem. Podskoczyłem zaskoczony i spojrzałem na Jacka stojącego nad moim uchem. – Ile można do ciebie wołać?
 - Przepraszam, zamyśliłem się. – Burknąłem – Na następny raz już lepiej mnie zrzuć, a nie krzycz nad uchem.
 - Sorki. – Zaśmiał się nerwowo – Może chcesz zrobić obchód po szkole, by się zapoznać?
 - Pewnie, czemu by nie.
Oczywiście ile wtedy zapamiętałem z tej przechadzki? Nic! Jednak miło spędziłem czas wysłuchując Jacka, który opowiadał o przeróżnych wpadkach naszej klasy. Poznałem jego zainteresowania a on trochę moich i wyszło na to, że obydwoje lubimy rysować. Zaprosiłem go do siebie po lekcjach.
W drodze do mojego domu opowiadał mi dalej niestworzone historie oraz trochę o swoich rysunkach. Zatrzymaliśmy się kilka metrów od wieżowca gdzie widzieliśmy jak mnożyli się reporterzy, dziennikarze i licho wie kto jeszcze. Domyśliłem się kto jest ich obiektem zainteresowań. Złapałem zdezorientowanego kumpla za rękę i ruszyłem z nim przez tłum. Udawało nam się jakoś przecisnąć aż trafiłem na matkę odpowiadającą na szeregi pytań. Nie wiem ile tam staliśmy i patrzyłem, jak wymusza na sobie dobry humor, ale po kilku minutach weszliśmy do budynku i ruszyliśmy w stronę mojego ,,domu’’.
Jack przez pewien czas zachwycał się mieszkaniem siedząc na kanapie i mówiąc jak on ma źle. Kiedy skończył a ja zacząłem nalewać nam czegoś do picia zaczął mówić jaka to Yumemi Sena jest piękna, on chyba nie zdawał sobie sprawy, że to moja matka. Gadał o niej z dziesięć minut i pewnie by nie przestawał, gdyby nie otworzone zbawiennie drzwi do domu.  Mama weszła i nie widząc nas opadła na fotel naprzeciw nas.
 - Słonko, przepraszam, że znowu tak wyszło. – Westchnęła ciężko – Nie wiem jak oni się dowiadują, gdzie wykupuję mieszkania…o, masz gościa. Przepraszam, nie zauważyłam cię. – Uśmiechnęła się promiennie do Jacka – Chłopcze, coś ci dolega?
 - P-p-pani…pani to…- Zająkiwał się patrząc na nią z głupkowatym uśmiechem. Nagle zrywając się z kanapy patrzał pytająco to na moją mamę, to na mnie. – Czemu nie mówiłeś, że twoja mama to ONA!? Tylko się wygłupiłem!
Mimo starań wybuchliśmy z moją rodzicielką głośnym śmiechem. Podczas gdy my dochodziliśmy do siebie on trawił informacje.
 - Że też wcześniej nie zauważyłem, jesteś bardzo podobny do mamy. – Spojrzał na moją mamę z uśmiechem. – Przepraszam, nie wiedziałem, że to pani tu mieszka.
 - Nic nie szkodzi, przecież obydwoje jesteśmy ludźmi, prawda? – Mrugnęła do niego, czego nie zrozumiałem. – Ja pójdę się położyć, jestem padnięta. Bawcie się dobrze!
Siedzieliśmy w moim pokoju rozmawiając, śmiejąc się i gestykulując przeróżne sytuacje. Siedzieliśmy tak do osiemnastej, kiedy Jack zaczął się zbierać.
 - To się trzymaj. – Zatrzymał się w połowie wyjścia – Zapomniałbym cię ostrzec. W szkole jak w każdej jest h*jowy nauczyciel. Uczy nas geografii, mamy ją jutro. Lepiej uważaj na nią.
 - Jasne, to pa. – Zamknąłem drzwi i poszedłem spać.

***
Nie uwierzycie, ale prawie nie spóźniłem się na geografie!
Myślałem, że minutę po dzwonku jeszcze wmieszam się w tłum, ale gdy tylko otworzyłem klasę lekcja toczyła się swoim tempem. Napotkałem złe spojrzenie nauczycielki. Była to chuda jak szczapa kobieta o ciemnych włosach z kilkoma siwymi pasmami, oraz ziemnymi oczami.
 - P-przepraszam za…
 - Właśnie miałam brać do odpowiedzi z Afryki. Zrekompensujesz się. – Zapewniła ochrypłym głosem. Bez słowa odłożyłem rzeczy i poszedłem na skazanie. Oczywiście dobrze znałem krainy geograficzne, ale mapa była wysoko i nie dosięgnął bym do niektórych obiektów. Czasem tak miałem i wtedy po klasie roznosił się śmiech.
Pokazałem wszystko co chciała bez zawahania i błędów. Problem pojawił się przy górach Atlas…były za wysoko.
 - Proszę pani…ja…- Nie wiedziałem jak ubrać to w słowa. – Nie dosięgnę. – Szepnąłem cicho
 - Niech będzie…naciągane B- - Powiedziała – Siadaj.
 - Przecież odpowiedziałem na wszystko. – Zauważyłem – Dlaczego więc…
Jack głośno odchrząknął z tyłu klasy patrząc na mnie porozumiewawczo. Podziękowałem i usiadłem na miejscu.
,,To nie było sprawiedliwe. Kilka centymetrów i na pewno bym dostał A. Powinienem dostać chociaż takie naciągane. W życiu nie miałem tak wymagającej nauczycielki. Jeszcze na koniec lekcji poprosiła bym został!? ‘’ – krzyczałem w myślach
Mimo wszystko co myślałem zostałem. Kiedy ostatni uczeń wyszedł bez ostrzeżenia uderzyła dziennikiem w biurko a ja podskoczyłem.
 - Ustalmy sobie coś, chłopcze. Nie pozwolę byś podważał moje zdanie na lekcji i poza nią. Chyba się rozumiemy? – Oznajmiła oschle
 - Ale, proszę pani, ja tylko…
Niespodziewanie ktoś położył rękę na moim ramieniu. Spojrzałem w tamtą stronę i spostrzegłem moją wychowawczynię z promiennym uśmiechem. Przeniosłem wzrok na drugą nauczycielkę, złość aż od niej kipiała.
 - Mam nadzieję, że to nieporozumienie. – Uśmiech zastąpiła jej kamienny wyraz twarzy. – Tak?
 - Oczywiście…- syknęła. – Możesz iść, Ame – Moje imię aż wypluła
Pożegnaliśmy się a za drzwiami spostrzegłem mojego przyjaciela, wyglądał jak siedem nieszczęść. Spojrzałem trochę niezrozumiale, jakbym nie umiał rozmawiać sam z nauczycielami.
 - Mały, powiem w prost. Lepiej trzymaj się od niej z dala. – Powiedziała nauczycielka – Ja już muszę lecieć, a wy na lekcje.
Uważać na nauczyciela, nie raz mi to mówiono, jednak nigdy aż tak poważnie. Rozumiem, że zachowuje się jak harpia, ale to w końcu też człowiek. Może mieć gorszy dzień.