Życzę miłego czytania i mam nadzieję, że zostawicie komentarze :)
Rozdział 2 – Cień wychodzi spod maski
Tydzień minął bez większych problemów, pomijając geografię.
Baba się mnie uczepiła.
W weekend nawet nie myślałem by wstawać z łóżka. Leżałem
zwinięty w kłębek słuchając muzyki, nawet się nie zorientowałem, kiedy mama
weszła do pokoju. Podeszła i usiadła obok mnie na łóżku ze zmartwioną miną.
- Słońce ty moje,
powiedz mamie, co się dzieje? – Poprosiła zmartwiona.
- Ale co się ma dziać?
– Zdziwiłem się
- Twoja nauczycielka
geografii chce jutro przyjść i porozmawiać o tobie. Podobno jej przeszkadzasz i
już załapałeś kilka jedynek. To prawda? – Uniosła jedną brew
- Ale mamo…ona się na
mnie uwzięła! Przecież z geografii nigdy nie miałem problemów…
- Dobrze, wierzę ci.
Przecież nigdy mnie nie okłamałeś! – Zaśmiała się lekko. – Chciałam tylko
sprawdzić twoją reakcję.
- Podła jesteś. –
Burknąłem
Nie odpowiedziała, tylko wyszła. Pierwszy tydzień i już
nauczyciel odwiedził mój dom, fajnie! Wyżaliłem się przyjacielowi na co ten
wydawał się bardziej martwiony niż ja. Po zakończonej rozmowie usiadłem przed
oknem rozciągniętym na całą ścianę i odsłoniłem zasłonę. Była mocna śnieżyca
owiewająca wszystko co spotkała na drodze. Włącznie z Empire State Building,
który był naprzeciw mnie. Może dzieliły nas 50metrów, trochę więcej, ale widok
dalej był wspaniały. Budynek był tak ustawiony, że wszystko widziałem mimo
innych drapaczy chmur. Usiadłem na podłodze i zacząłem szkicować, takiej okazji
nie można było przegapić. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem.
Miałem dziwny sen, pamiętam. Widziałem w nim miejski park.
Wszystko było zaśnieżone, była śnieżyca. Zobaczyłem pomiędzy białym krajobrazem
dwie postacie. Jedna z nich miała na sobie długi czarny płaszcz, oraz czarne
spodnie. Czarne włosy do ramion opadały na porcelanową twarz zakrywając oczy.
Mogłem stwierdzić po budowie, że to mężczyzna. Obok niego również stał osobnik
płci męskiej. Miał na sobie szary płaszcz a biało-szare włosy, które zakrywały
burzowe oczy. Obydwoje stali wpatrując się w siebie gromiącymi spojrzeniami.
- Wiesz…miałem cię za
znacznie bardziej ostrożnego w tych sprawach. – Odezwał się białowłosy
- Przyganiał kocioł
garnkowi, to nie ja mam zakaz, lecz ty. – Odezwał się niskim głosem czarnowłosy
i lekko uśmiechnął – Jeżeli to wszystko to pójdę, mam mnóstwo spraw.
- Nie będę owijał w
bawełnę, nie lubię cię, i go również nie polubię. Będę uprzykrzał życie gdy
tylko nadarzy się okazja. A kto wie co z nią? Nawet ładna…
- Nie waż się o niej
mówić! – Krzyknął i obrócił się plecami. – Tylko straciłem tu czas, żegnaj…
Sen się rozmazał a ja obudziłem wpatrując w sufit. Kiedyś
miałem sen, że jestem astronautą, rycerzem, prezydentem…ale to!? Zerwałem się z
ziemi czując okropny ból w krzyżu, mimo wszystko wziąłem prysznic i ogarnąłem
się. Właśnie wtedy rozniosło się po domu dźwięk dzwonka.
Mama poszła otworzyć a ja dopiąłem koszulę. Jak myślicie, kto
to był? Moja ukochana pani geograf…
Weszła nie kłopocząc się z uprzejmością, zdjęła buty i
usiadła na kanapie mówiąc bym dał jej coś do picia. Kiedy ja nalewałem jaj soku
( Nie sprecyzowała się przecież ) ona rozmawiała z mamą przyciszonymi głosami,
mama nie wyglądała na szczęśliwą. Dosiadłem się obok mamy, zamilkły.
- Więc…co się dzieje?
– przerwałem ciszę
- Nic, pani właśnie
skończyła i wychodzi. – Powiedziała stanowczo mama
- Nie śpieszy mi w
taką śnieżycę. – Oparła się o kanapę i patrząc na mnie z błyskiem w oku. –
Powiedz, jak dużo wiesz o swoim tacie?
- Ja…no cóż…nie za
wiele…
- I więcej nie
dowiesz! – Wrzasnęła
Niespodziewanie zerwała się z kanapy rzucając w naszą stronę
a mama w ostatniej chwili odepchnęła nas na bok. Mój mózg za wolno pracował, by
wszystko ogarnąć. W pierwszej chwili widziałem nauczycielkę, ale później jakieś
skórzaste…coś. Inaczej tego nie nazwę. Znów rzuciła się w naszą stronę, tylko
matka była na tyle trzeźwa by mnie za sobą ciągnąć. Usłyszałem jeszcze dwa
znajome mi głosy, ale nikogo nie widziałem, już nic nie widziałem.
Ocknąłem się po nieokreślonym mi czasie. Zobaczyłem nad sobą
pochylającego się Jack’a, ale co on tam robił? Oparłem się na łokciach i
przetarłem mocno oczy. Cały salon i kuchnia wyglądały jak pobojowisko. Spojrzałem
w bok. Na resztkach foteli siedziała wychowawczyni klasy i moja mama. Jednak
dalej było coś nie tak. Obok blond włosej kobiety oparta była pochwa, a z niej
wystawała rękojeść miecza. Zerknąłem pytająco na przyjaciela i wrzasnąłem
zrywając się na drugi koniec kanapy. Mój przyjaciel od pasa w górę wyglądał jak
zawsze, ale nie miał nóg, miał coś na kształt koźlich nóg.
- Dzięki – Prychnął –
Tak się dziękuje?
- Co…jak…czemu
wszystko…- Serce waliło mi jak młotem, nie potrafiłem logicznie myśleć.
- Wiem jak to wygląda,
ale to w gruncie rzeczy normalne. – Powiedziała znudzonym tonem blondynka. –
Jack, wytłumaczysz?
- Tak, ale może
najpierw dam mu coś na uspokojenie…?
- Nie, chcę wiedzieć
teraz. – Uparłem się a on tylko westchnął – Może zacznij od swojej…dolnej
części?
- Ostrzegałem cię
przed belfrem od geografii, ponieważ pachniała mi potworem, a kiedy
powiedziałeś, że was odwiedzi już było jasne. Ame, to była harpia, taka z
mitologii a dlatego, że…bogowie olimpijscy i rzeczy z nimi związane również.
Przylecieliśmy z Emili najszybciej jak się dało, ale ta śnieżyca wszystko
utrudnia…
Nie dokończył ponieważ wybuchłem śmiechem. To wszystko co mi
opowiadał wydawało się takie absurdalne, a ja nie chciałem tego do siebie
dopuścić. Tworzyłem powoli ceglany mur, lecz z każdą cegiełką wypadały trzy
kolejne. Ochłonąłem na tyle by spojrzeć na mamę, która cały czas unikała mojego
spojrzenia. Coś kręciła, a jeszcze nauczycielka pytała, ile wiem o ojcu. Po co
o to pytać? Opowiedzieli mi jeszcze o jakimś obozie, o sobie, i o tym co
zrobimy. Mam z nimi się udać do wcześniej wspomnianego miejsca. Protestowałem
tyle ile się dało, aż matka nie włączyła się do moich krzyków.
- Nie chcę, że by coś
ci się stało, dlatego pojedziesz! – Krzyknęła na całe gardło a ja opadłem na
kanapę.
Musiała wiedzieć o tym wcześniej, przynajmniej o części. I mi
nie powiedziała? Jestem…czymś dziwny, i nawet o tym nie wspomniała!
Milcząc spakowałem ubrań tyle ile się dało do torby i
potrzebnych mi przedmiotów. Nie miałem ochoty już nic mówić. Ubraliśmy się i
bez słowa wyszedłem z domu. Podążałem cały czas za nauczycielką angielskiego i
kląłem w duszy wszystko co się wydarzyło.
Doszliśmy do przystanku, skąd autobus zabrał nas w stronę
Long Island. W autobusie skorzystałem z okazji i usnąłem opierając się o
przyjaciela. Obudzili mnie dopiero kiedy trzeba było wysiąść.
Na zewnątrz było cholernie zimno. Naciągnąłem przed usta
więcej kurtki i wcisnąłem ręce w kieszenie. Nie za wiele mi to dało, ale zawsze
coś. Pominę naszą wędrówkę na jedno wzgórze gdzie z trzy razy ugrzęzłem w
zaspie i co najmniej pięć wywaliłem na twarz. Im łatwo było mówić, byli wysocy
a ja jak skrzat musiałem się przebijać przez ten cholerny śnieg. A gdzie to
globalne ocieplenie!?
Gdy już się wspięliśmy zobaczyłem drewnianą bramę zakrytą
śniegiem i zarys sporego obozu. Teraz
tylko się tam dostać…
***
Oprowadził mnie wstępnie po obozie. Byłem niezmiernie
wdzięczny, że w obozie tak nie wiało a śniegu nie było aż tyle.
Poznałem również…specyficzne zwyczaje. Polegały na tym, że
domek dzieci Hermesa dokuczał domkowi Aresa, apotem wiali do dyrektora obozu.
Poznałem również Cheirona, co centaur. Po głębszych przemyśleniach…odbiło mi, a
to jest psychiatryk.
W drodze do cieplutkiego domku wpadliśmy na wysokiego
blondyna z włosami trochę za uszy oraz błękitnymi oczami. Ubrany był w skurzoną
kurtkę oraz czarne dżinsy.
- John, a tobie nie
zimno? – Spytał z uśmiechem Jack.
- Mi nigdy nie jest zimno…-
Spojrzał na-ł na mnie. – Ale on wygląda jak po spotkaniu z pługiem.
Wybuchli śmiechem, ta…bardzo zabawne. Phi!
- Nowy? – Satyr
pokiwał głową – To niezły będzie mieć ubaw jak go zobaczą. Będzie zabawa,
powodzenia. – Poklepał mnie po ramieniu i odszedł
- O co…
- O nic. – Przerwał mi
– Chodź, bo zamarzniesz.
Zbawieniem okazało się ciepło domku. Jak na mój gust to było
w nim za dużo ludzi, ale łóżko się dla mnie znalazło. Owinąłem się w kołdrę i
ignorując spojrzenia starałem się wszystko poukładać w głowie.
To za dużo jak na mnie. Jeden dzień wywrócił całe moje życie
do góry nogami, nie…to nie jeden dzień. Ona wiedziała od początku, że jestem
jakiś inny i całe życie to ukrywała. Ani razu nie wspomniała o tacie, a gdy
tylko chciałem się coś dowiedzieć wydawała się smutna, dlatego nie dopytywałem.
Takich spraw nie powinno się ukrywać! Ale…jak to powiedzieć? Wychodzi na to, że
mój ojciec jest jednym z Olimpijczyków...
Z zamyślenia wyrwała mnie osoba dosiadająca się do mnie. Obróciłem
głowę w bok. Obok mnie siedział pewnie wysoki chłopak o kruczoczarnych włosach
i metaliczno-szarych oczach. Uśmiechał się do mnie w sposób, którego nie
potrafiłem zrozumieć.
- Hej mały, odpowiesz
mi na pytanie? Bolało? – Odezwał się
- A-ale co bolało? –
Spytałem
- Kiedy spadałeś dla
mnie z nieba. – Przysunął się bliżej i objął ramieniem. – Może aniele zdradzisz
mi imię?
- Kiepski żart. –
Zaciągnąłem z siebie jego rękę. – Nie śmieszny.
- A kto powiedział, że
to żart? – Szepnął mi na ucho
Postąpiłem instynktownie. Zrzuciłem z siebie kołdrę,
poderwałem czym prędzej na nogi i uderzyłem go w twarz. Już za dużo miałem
problemów, a ten dokładał mi jeszcze więcej.
Siedział tak przez chwilę w szoku a kilka osób pozostałych w
domku patrzyło w naszą stronę. Otrząsnąwszy się z szoku wstał i spojrzał na
mnie z góry. Ja by patrzeć nie na jego klatę, a w jego oczy, podniosłem głowę.
- Mi jeszcze nikt się
nie oparł, aniołku. I ty na pewno nie będziesz pierwszy. – szepnął lodowato i
wyszedł.
Nikt jeszcze się nie oparł? Takie teksty słyszał już nie raz,
ale może kolejny go pomylił z dziewczyną? Nie miał zamiaru się zastanawiać,
oddał się w ręce Morfeusza na łóżku otulając szczelnie kołdrą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz