Rozdział 3 – Życie obozowicza
Nie wiedziałem ile
tak spałem. Może dwie godziny, trochę dłużej?
Po tym czasie
niechętnie podniosłem się do pozycji siedzącej. Wszyscy wychodzili z domku
przepychając się w drzwiach. Moje niezrozumiałe spojrzenie przechwyciła jedna z
obozowiczek.
Podeszła do mnie wysoka brunetka o karmelowych oczach i z
uśmiechem. Zakładała pośpiesznie kurtkę i pomogła wygramolić mi się spod
kołdry.
- Wszyscy się tak
pchają na ognisko, też idziesz? – Spytała
- Pewnie, czemu nie. –
Przeciągnąłem się a moim ciałem wstrząsnął dreszcz. – Jak ja nie lubię zimy.
- Ja też nie. –
Przyznała – Ale co poradzisz, chodź. Umiem się przez nich przecisnąć!
Nim wbiegliśmy w tłum nagle pociągnęła mnie na klęczki i
wyszliśmy pomiędzy nogami obozowiczów. Muszę zapamiętać tę sztuczkę.
- Tak w ogóle jestem
Annie, a ty? – Spytała w pawilonie
- Ame, miło mi. –
Nałożyłem jedzenia na talerz i spojrzałem na nią. – Czemu nie jesz?
- Najpierw składamy
ofiary bogom. Kiedyś, jak pewnie wiesz, składano je dość krwawo, teraz zadowolą
się schabowym. – Zaśmiała się i znów pociągnęła mnie za rękę
Chyba zacznę się do tego przyzwyczajać, co chwila ktoś mnie
ciągnie. Jakbym był nieporadnym dzieckiem, a przecież potrafię o siebie zadbać.
Coraz częściej myślę by się ściąć i wyglądać bardziej męsko. To by było coś…
- Wrzucasz? –
Usłyszałem pytanie
- Co?
- Słuchasz mnie czy
nie!? Wrzuć kawałek jedzenia i pomyśl jakiemu bogu chcesz złożyć ofiarę. Ja
lecę! Trzymaj się! – Pomachała szybko i odbiegła do koleżanek.
To komu by tu…? Niech się Hermes naje spalenizny. W końcu jak
na razie to mieszkam w jego domku.
Po złożeniu ofiary usiadłem przy stole, chyba Hermesa, i
zacząłem jeść. Nie miałem do kogo gęby otworzyć, a Jacka nigdzie nie widziałem.
Dlatego rozglądałem się po innych stołach. Nic ciekawego się przy żadnym z nich
nie działo, przynajmniej by na dłużej popatrzeć. A może…?
W kącie opierając się o kolumnę stał chłopak, z którym
zapoznał mnie Jack. Jak on się nazywał…Johny. Ja to jednak mam łeb do imion!
Przed nim stał trochę niższy chłopak o czarnych jak noc włosach i brązowych
oczach. Krzyczał na niego, ale ja byłem za daleko y ich dosłyszeć. John wydawał się nim znudzony, za co dostał w
twarz. Nie mogłem nie parsknąć śmiechem i jakby mnie usłyszeli spojrzeli w moją
stronę. Odwróciłem się speszony i wbiłem wzrok w kolana, nagle wydały mi się
taki ciekawe…
- No wreszcie cię
znalazłem. – Usłyszałem głos obok siebie. Obróciłem głowę i zobaczyłem tego
nieudolnego podrywacza – Nadal nie dowiedziałem się jak masz śliczna na imię.
Zaraz…on myśli, że ja jestem dziewczyną? Wszystko jasne.
Parsknąłem śmiechem na co on spojrzał na mnie niezrozumiale.
- Zaszło drobne
nieporozumienie. – Uspokoiłem się i spojrzałem w jego szare oczy. – Ty myślisz,
że jestem dziewczyną. Jestem chłopakiem.
Jego mina była warta miliona dolców. Biedny, nie tylko on się
nabrał. Niespodziewanie położył mi rękę tam, gdzie nie powinien a z moich ust
wydobył się szybko przerwany krzyk.
- Myślisz, że mnie to
będzie obchodzić? Najpierw imię, a potem cię pocałuje. Czy na odwrót?
- Po…
Nie dokończyłem. Ten zboczeniec szybko się do mnie przysunął
i wdarł się nieproszony do moich ust. Mogę się założyć, że stanowiliśmy niemałą
atrakcję, ale mi się to nie podobało. Nie mogłem go odepchnąć więc ugryzłem, w
ustach poczułem metaliczny posmak krwi a on się odsunął. Spojrzał na mnie jakby
chciał mnie zabić.
- Obiło ci!? Kurwa to
bolało! – Krzyknął
- T-trzeba było mnie…-
Słowa stanęły mi w gardle kiedy znów zobaczyłem jego mordercze spojrzenie.
Chciałem odejść, od tak. Było by po problemie, ale on jeszcze
nie skończył. Wstał za mną a gdy mnie obrócił zakryłem twarz dłońmi czekając na
cios, który o dziwo nie nadszedł. Otworzyłem najpierw jedno oko, potem drugie…i
nadal nie wierzyłem. Rękę ciemnowłosego trzymał John kilka centymetrów przed
moją twarzą. Zerknąłem na jego, znowu, znudzone spojrzenie. Najpierw wkręcił mu rękę, sprowadzając na kolana a
potem spojrzał na mnie kpiąco.
- No czekam. – Odezwał
się
- D-dzięki. –
Mruknąłem w rękaw. Jakoś go nie lubię
- Achh…nawet nie wiesz
jak bym chętnie popatrzył jak ci rozwala twarz. Zack mi kazał. – Machnął głową
w bok.
Spojrzałem w prawo i obok mnie stał ten sam chłopak, co
zdzielił Johna w twarz. Spojrzałem na jego rozbawione, brązowe oczy a on
schylił głowę by spojrzeć w moje. Kpi se ze mnie? Czemu każdy ma więcej niż metr
siedemdziesiąt a ja nawet nie 170 centymetrów!?
- Nic ci nie jest mały? – Spytał i spojrzał na
Johna. – Mógłbyś być trochę milszy.
- Mógłbym…ale nie
jestem. Chodźcie, bo wszyscy się gapią. – Złapał czarnowłosego za rękę a ja
poszedłem za nimi.
Jakaś taka dziwna parka. Są jak…ogień i woda. A które z nich
to które? Nie wiem i nie chcę.
- Jestem Zack, syn
Hekate. – Przedstawił się
- Ame, i jeszcze nie
wiem. I…Johny? Dzięki. – Powiedziałem już przytulniej, nich ma swoje 5 minut.
- Wisi mi to. Nie
chciałem ci pomagać. – Oparł się o ścianę domku Apollina – Dziękuj temu
narwanemu obrońcy praw ludzi.
- Ej! Dla mnie nie
musisz być oschły! – Uskarżył się
A dla mnie to może…
- Widziałeś gdzieś
Jacka? – Spytałem?
- Chyba biegał gdzieś
przy Dużym Domu. Idź se już.
- Jakiś ty miły. –
Wycedziłem nim odbiegłem ( czytaj: Przekopywałem się przez śnieg )
Kiedy już dotarłem do wielkiego białego budynku poczułem się
jakbym wygrał w totka. Wszedłem do środka otrzepując się wcześniej ze śniegu.
Chciałem jakoś zakomunikować, że wszedłem, ale moje uszy dosłuchały pewnej
rozmowy.
-…Ostatnio tylko on
przybył do obozu. Trzeba by to sprawdzić. – Usłyszałem Cheirona
- Kolejny pewnie od
Apollina, albo Aresa. Nie ma się co przejmować. – Usłyszałem głos boga wina,
słychać było znudzenie w jego głosie. – Zrobił sobie dzieciaka, to powinien się
liczy z konsekwencjami! Nigdy go nie lubiłem!
- Nikogo nie lubisz,
Dionizosie…
- Przepraszam…-
Wszedłem do pokoju nie chcąc dalej być wścibski. Spojrzałem na Cheirona by nie
patrzeć na przeszywający wzrok Dionizosa. – Czy wie pan gdzie jest Jack?
Podobno tu był i…przeszkadzam?
- Tak. – Burknął pan
D.
- Nie przeszkadzasz,
właśnie wyszedł. – Zakomunikował a ja wyszedłem dziękując
Nie minąłem się z nim to niby jak wyszedł!? Nim zdążyłem porządnie
pokrzyczeć w głowie ktoś objął mnie od tyłu i wylądowałem twarzą w śniegu.
Obróciłem się na plecy i zobaczyłem mojego przyjaciela. Siedział na mnie w
rozkroku zginając się w pół ze śmiechu.
- Musisz popracować
nad równowagą. I fryzurą. – dodał
Pomógł mi wstać i otrzepać się ze śniegu. Chwilę
rozmawialiśmy, nakrzyczałem, że mnie zostawił i nie było go w pawilonie na
ognisku, po czym poszliśmy się przejść. Starałem się udawać obrażonego, ale nie
wychodziło przy jego ciętych ripostach.
- Dobra, już nie
ważne. – Uśmiechnąłem się i spojrzałem w jego głębokie oczy. – Co takiego
ważnego robiłeś cały dzień?
- Yyy…nic takiego,
tylko tam…takie sprawy. – Wykręcił się z odpowiedzi
- Aha, dużo mi to mówi. Posłuchaj, ile będę musiał być na tym
obozie? – Spytałem i stanął – Czemu stoisz?
- Puki jakiś bóg cię
nie uzna, i może trochę potrenujesz by cię nie zabito tak łatwo. – Powiedział bez
uczuć w głosie. – Czemu nie chcesz tu być? Co ci się tu nie podoba?
- Nie o to chodzi! Tylko…wolałbym
wrócić do szkoły i...Wolałbym być przeciętny, nie potrzebuję jeszcze
upośledzenia przez ten obóz.
- Upośledzenia? Ame,
wszyscy tutaj jesteśmy normalni. – Aha…mówi satyr – Nikt tu nie jest
upośledzony, tylko potrzebujesz trochę czasu żeby się przyzwyczaić. Wiem!
Jeżeli pod koniec ferii twoje zdanie się nie zmieni, to wtedy odwiozę cię do
matki.
- Zgoda. A teraz
wybacz, ale chcę spać. – Nie czekając na odpowiedź odszedłem
Nikt nie jest tu upośledzony? Jeszcze mu to wypomnę…A tak
poza tym, chcę wrócić teraz! Po co mi znać ojca, skoro i tak nic mi z tej
wiedzy. Nawet jeżeli będzie to nawet jakiś Zeus, to i tak go nie poznam ani
nigdy nie zobaczę, czy nawet nie porozmawiam. Zamiast czekać na uznanie mogli
by machnąć jeden wielki domek dla obozowiczy i wszyscy by w nim mieszkali. Nikt
by ci nie wytykał rodzica. Byli by tacy sami…i było by dobrze!
Z takimi myślami odpłynąłem do krainy snów nie chcąc z niej
wychodzić.
Wybaczcie krótki rozdział, i że wstawiam w niedzielę. Mam
nadzieję, że się podobał i czekam na komentarze.